Bążur. Ostatnio przeglądając coraz bardziej martwy Internet natknąłem się na artykuł z serwisu GlamRap o wdzięcznym tytule „Pokrzywdzony jak artysta. Raperzy walczą z AI – proszę się ustawić po zapomogę”. Tematyka aktualna, coś tam o niej wiem, to przeczytałem. Postanowiłem zatem z Autorem felietonu nawiązać pewną polemikę. Przy okazji – w dalszym tekście pozwalam sobie na luźny styl, tak jak Autor wyżej wymienionego artykułu.
Fajnie, że nazywacie to felietonem, ale coś mi tu śmierdzi… a no tak, przecież Autor po prostu zesrał się. Zesrał się na inicjatywę branży muzycznej przeciwko AI oraz jej wsparcie przez raperów. I oczywiście ma do tego prawo, ale wydaje mi się, że ma też znaczne braki w wiedzy o poruszanym temacie oraz bardzo wąski zakres widzenia. Ten tekst jest polemiką ze szkodliwymi i mylnymi treściami zawartymi w “felietonie” GlamRapu. Moja wypowiedź w dużej części opiera się o treść książki „Mood Machine – The rise of Spotify and the cost of perfect playlist”. I w żadnym procencie nie została wygenerowana przez AI.

Już początkowe linijki tekstu ukazują, oczywiście oprócz nieskrywanej niechęci autora do artystów jako grupy społecznej, absolutny brak wiedzy na temat działania branży muzycznej. Fragment o sięganiu po nasze pieniądze dotyczy opłaty reprograficznej, a raczej dodania do niej nowych urządzeń. Czy jest to pomysł durny? Ciężko stwierdzić, ale funkcjonuje już od dawna, a teraz po prostu dodano smartfony, tablety i laptopy. Bardzo naiwnym jest jednak myślenie, że stoją za tym raperzy, albo że mieli jakikolwiek wpływ na rząd, czy na zmiany rozporządzenia o tej opłacie. Za lobbowaniem takich rzeczy stoją o wiele poważniejsi gracze, czyli wielkie korporacje wydawnicze – tzw. „Majorsi”. I to prawdopodobnie oni będą głównymi beneficjentami opłat.

Aby wyjaśnić, co tu się odwaliło, najpierw warto przybliżyć temat Spotify oraz playlist.
Zgodnie z treścią zawartą we wspomnianej wcześniej książce, Spotify wychowało sobie słuchaczy, którzy bardzo rzadko wyszukują muzyki po artystach – znacznie częściej korzystają z tematycznych playlist. Jest to spowodowane tym, że ludzie zapragnęli soundtracku do swojego życia. Przez większość dnia słuchają muzyki pasywnie, traktują ją jako tło. Muzyka na siłownię, muzyka do relaksu, muzyka do uczenia się. W tym przypadku nie interesuje ich też, kto jest twórcą danego utworu. Po prostu chodzi o vibe.
Playlisty vibowe są bardzo popularne, a zatem obecność na nich wiąże się z nagłym zastrzykiem dużej liczby odtworzeń, co oczywiście prowadzi do większego wynagrodzenia. Jednak to, że słuchaczy nie interesuje twórca wcale nie oznacza, że akceptują muzykę stworzoną przez AI.
Teraz warto poświęcić chwilę na to, jak Spotify wypłaca artystom pieniądze. Wiadomo m.in. że Majorsi mają o wiele lepsze deale, ponieważ udostępniają platformie swoje ogromne katalogi. Artyści niezależni i małe wytwórnie otrzymują stawki o wiele mniejsze. Majorsy mają też więcej zagwarantowanych miejsc na popularnych playlistach i nie muszą o nie walczyć.
Jak wygląda podział? Spotify bierze pieniądze z wszystkich subskrypcji oraz reklam z danego miesiąca do jednej puli. Następnie zabiera dla siebie około 30% z tej puli. Pozostałe 70% w teorii idzie do właścicieli praw do muzyki. Działa to w ten sposób: zbieramy liczbę absolutnie wszystkich streamów z danego miesiąca i każdy właściciel praw otrzymuje tyle % pieniędzy, ile % (a raczej dziesiątych promili) wskazuje udział odtworzeń jego muzyki we wszystkich odtworzeniach na całej platformie w danym miesiącu. I tak, stawki nie są znane, ale przyjmuje się, że za 100.000 odtworzeń artysta indie dostanie około 300 do 500 zł. Niewiele. Oczywiście jest też próg 1000 odtworzeń na miesiąc – jeśli artysta go nie osiągnie, to nie jest w ogóle brany pod uwagę w wypłatach. Majorsi dostają więcej, ale też naiwne jest myślenie, że dzięki temu więcej płacą swoim artystom – korporacje i ich zarządy są chciwe.
Czyli indie artystom Spotify płaci mało, korporacjom trochę więcej, ale one niekoniecznie dzielą się tym ze swoimi artystami. Są też inne wątpliwe kwestie, np. Jeśli raper Xyz nagra utwór o długości 1 minuta 30 sekund, a zespół metalowy nagra 7 minutową balladę, to cztery odtworzenia utworu rapera dają mu 4 krotnie większy udział w wypłacie, chociaż ogólny czas słuchania jest krótszy niż jedno odtworzenie ballady. Zatem jeśli chcesz zarabiać (marnie, ale zarabiać), to Spotify niejako sugeruje Ci, byś się streszczał i tworzył krótkie, chwytliwe utwory. Ale oczywiście też nie za bardzo – za krótkie utwory nie są brane pod uwagę przy wypłatach, bo wtedy mielibyśmy zalew kilkusekundówek.
Cóż zatem mają zrobić artyści, by zarobić, gdy słuchacze pod wpływem ogromu wyboru na platformie sami nie wyszukują ich muzyki i odtworzenia stoją w miejscu? Muszą dostać się na popularną playlistę. W przypadku wykonawców indie jest to oczywiście proces – najpierw mogą trafić na mniej popularne playlisty. Jeśli tam utwory się sprawdzą, to kawałek wędruje wyżej, aż w końcu, przy ogromnym szczęściu, trafia na np. top 50 viral polska czy inną megapopularną playlistę. I wtedy odtworzenia wybuchają i pojawiają się jakieś tam pieniądze.
I właśnie tu wkracza kapitan chciwa korporacja – Spotify
Przedstawię problem na bazie gatunku lofi hip hop beats. Ruch lofi hh beats wywodzi się z zakątków youtube, gdzie domowi producenci zainspirowani pracami J.Dilla, Mf Dooma czy Madliba zaczęli kleić swoje własne samplowane beaty. Jak się okazało, takie klasyczne podkłady mają tempo idealne dla wielu ludzi do skupienia się, np. na czytaniu lub nauce. Często dają niesamowity chillowy vibe dla relaksu. Gatunek zyskał popularność na youtube jako muzyka tła i naturalnie został zauważony przez Spotify, które szybko stworzyło playlisty z takimi utworami. Jakaż była radość twórców, gdy pierwszy raz mogli zapłacić za wynajem mieszkania z pieniędzy za odtworzenia z playlisty. Ogromna. Ale niestety, niezbyt długa. Spotify, jako chciwa korporacja, nie lubi dzielić się pieniędzmi. Dlatego gdzieś tam wysoko w zarządach wykminili, że takie proste lofi beaty z chillowym vibem też mogą robić samemu w domu. Czyli w Szwecji, przez zatrudnionych na umowach muzyków studyjnych, którzy zrzekną się praw do utworów. Wtedy wystarczy im zapłacić raz, a tantiemy z odtworzeń idą do właściciela praw, czyli Spotify.
I tak się stało, kilkudziesięciu muzyków studyjnych w Szwecji zaczęło kopiować style muzyków lofi i robić swoje, podobne utwory. Tylko jak nabijać im odtworzenia? Odpowiedź nasuwa się sama: usuwając z playlist twórców indie i wstawiając na ich miejsce muzykę zrobioną na zlecenie korporacji. Nieświadomi tego słuchacze dalej będą słuchać lofi playlist, niezależni artyści tworzący gatunek zostaną odsunięci w cień, a pieniądze zarobi głównie Spotify.
Czego chcieć więcej? Myśląc jak korporacja – no najlepiej dalszego cięcia kosztów! W końcu tym zatrudnionym i tak trzeba coś płacić. No i tu wchodzi Ai typu Suno. Utwory muzyków studyjnych zostały wypchnięte z playlist przez wygenerowane w AI beaty. Tak jest optymalnie, są niskie koszty a ludzie dalej słuchają. Przynajmniej na razie. Tylko nigdzie nie zaznaczono, że to już nie jest tworzone przez człowieka. A wydaje się, że jednak dla części ludzi ma to znaczenie, patrząc na to, jak często na kanałach lofi beats na YouTube w tytułach pojawia się dopisek (NO AI).
I nawet jeśli wspomniany w tekście Kutas Records nie został wepchnięty na playlisty przez Spotify, tylko dostał się tam viralem i twórcy na ten moment uzyskują od platformy zapłatę za odtworzenia, to chciałbym przypomnieć, że w prawo autorskie nie nadąża za generatorami AI i ich status nie jest do końca jasny. To znaczy, że za jakiś czas Spotify może kurek z pieniędzmi za muzykę AI zakręcić i pieniądze wziąć dla siebie. Zaraz, “może”? Oni na pewno to zrobią. To tylko chciwa korporacja.

Otóż jak zostało napisane wcześniej – obawiam się, że sztuczne regulowanie rynku miejscami na playlistach ma miejsce od dawna – głównie przez samo Spotify oraz ich deale z majorsami.

Czy aby na pewno słuchacze wybierają te utwory? Owszem, zdarza się też, że wybija się na viralu (jak Kutas Records) i ludzie wiedzą, że to AI. W większości przypadków jednak nie mają tej wiedzy, a muzyka AI jest im wciskana przez platformę na ich ulubione playlisty. Bo dla Spotify jest o wiele tańsza.

Czyli można, czy nie można? Tutaj warto również wziąć pod uwagę to, jak powstają utwory AI. Otóż firmy AI nie kryją, że do trenowania swoich modeli użyli muzyki, za którą nie zapłacili. Tak wyuczone modele teraz tworzą kolaże z tego, czym zostały nakarmione. Nie dając przy tym własnych nowych pomysłów, brzmień. Czyli bigtechowe firmy AI cynicznie wykorzystały, a raczej okradły całe środowisko artystów z ich muzycznego dorobku, poprzez nieodpłatne, bezprawne i niejawne nakarmienie swoich modeli ich twórczością.
Ale jak się kradnie od wszystkich, a jednocześnie ciężko jest wskazać kogoś konkretnego, kto został na 100% okradziony, a na dodatek jest się wielką firmą, to wszystko uchodzi na sucho. A nawet znajdą się ludzie przyklaskujący temu działaniu.
Nie zawsze jest jednak tak, że nie da się wskazać okradzionego. Warto wspomnieć tu o przypadku Timbalanda, uznanego producenta i autora wielu hitów, który od jakiegoś czasu jest twarzą, promotorem i udziałowcem Suno AI. Na jednym ze streamów odsłuchiwał bity od producenta, który tagował swoją muzykę specyficznymi krzykami. Jakiś czas później ten sam Timbaland streamował swoje promptowanie, a uzyskanym efektem był utwór zawierający… takie same tagi. Timbo próbował się jakoś tłumaczyć, że to remix, że chciał pokazać możliwości Suno. Nikt jednak nie poinformował autora bitu, że jego muzyka zostanie wrzucona do generatora AI.

Mamy tutaj oczywiście nietrafione porównanie, bo Bolt i Uber nie były trenowane bez wiedzy i zapłaty na doświadczeniu kierowców taksówek. Warto też zauważyć, że autor pisząc o “tanim transporcie” chyba dawno nie sprawdzał cen w aplikacji. Akurat Bolt i Uber świetnie obrazują to, co w ekonomii od paru lat funkcjonuje pod termiem „shitification” (ugównowacenie?). Chodzi o to, że przez pierwsze lata działalności startup działa na minusie, w oparciu o pieniądze inwestorów wierzących w przyszłe powodzenie. W przypadku Ubera, w tym okresie wypłaty dla kierowców były atrakcyjne, a koszt przejazdu dla użytkownika znacznie mniejszy niż u konkurencyjnych taksówek. Ludzie chętnie korzystali z tanich przejazdów i przyzwyczajali się do usługi. W tym czasie konkurencja podupadła, częściowo nawet zupełnie zniknęła. Uber przez te lata co prawda odnotowywał straty, ale ze wsparciem pieniędzy inwestorów przetrwał. Po takim okresie w końcu wszedł w fazę zarabiania – obniżył wypłaty kierowcom, zwiększył koszty przejazdu, dodał jakieś randomowe opłaty. I wtedy firma zaczęła przynosić zyski. I to już wcale nie są tanie przejazdy, a kierowcy wcale nie zarabiają atrakcyjnych pieniędzy. Atrakcyjnie zarabia tylko Uber. Daliśmy się na to nabrać już kilka razy i wszystko wskazuje na to, że znowu się damy. Bo branża AI aktualnie pali miliardy dolarów, dostaje wsparcie budżetowe od rządu USA i błaga o więcej. Bo „są zbyt duzi by upaść”. Tymczasem najpewniej już w niedługim czasie zarówno darmowe jak i płatne modele zostaną „ugównowacone”, okrojone o możliwości i podrożeją.
(Fot. główna – celowo wygenerowana została przez AI)













