‚Hiphopolo kiedyś, a dziś mówią na to progres’

Opublikowano: 23/10/2019
Autor: Bartłomiej Kmieciak
Zdjecie newsa

To, że na naszej stronie nie pojawia się zbyt dużo nowoczesnych brzmień rapowych, nie znaczy, że nie sprawdzamy sceny na bieżąco. W tym co robimy, staramy się być rzetelni i kompetentni. Nie ukrywamy jednak, że w dużej mierze nie udaje nam się przebrnąć przez całe utwory do końca. Gust muzyczny gustem muzycznym, ale niejednokrotnie czujemy się po prostu obrażeni poziomem merytorycznym tego, co jest teraz na czasie. Spora część kawałków, tworzonych przez popularnych obecnie wykonawców, dotyczy spraw damsko męskich, ma śpiewane refreny lub zwrotki, a brzmienia tychże kawałków do hardkorowych zaliczyć zdecydowanie nie możemy. Zaraz, zaraz… Czy to aby nie miało miejsca już jakieś 15 lat temu, nie było potocznie nazywane mianem ‚hiphopolo’, a wszyscy naokoło naśmiewali się i gardzili tym? Czy z biegiem czasu mentalność nie tylko polskiego słuchacza, ale i rapera dokonała zwrotu o 180 stopni i zaakceptowała w końcu niechcianą przed laty kończynę? Czy obecnie tworzący raperzy nie robią współczesnego ‚hiphopolo’ ku aprobacie słuchaczy?

Imperium wielkopolskie

Pierwsze lata po wejściu w nowe millenium to czas, kiedy w Wielkopolsce wybiło się kilka znaczących w rapie postaci. Na szerokie wody wypłynął w tamtym okresie Peja, który w 2001 roku wydał ponadczasowy album „Na legalu?” i stał się jedną z wiodących postaci na scenie, a swoje legalne debiuty zaliczyli Ascetoholix z albumem „A” w tym samym roku, Owal wypuszczając w 2002 „Epizod II Rapnastyk”, 52 Dębiec z genialnym albumem „P-ń VI” (2003) czy w końcu Mezo ze słynną „Mezokracją” (też 2003), za którą nominowany był do nagrody Fryderyka. Wydawnictwa spod szyldu UMC (obecnie MyMusic) były pozytywnie recenzowane w magazynie Ślizg, a artystów Remika zapraszano na wywiady. Kunszt poznańskich raperów doceniali także stołeczni raperzy i tak chociażby Fu oraz Pono dograli swoje gościnne zwrotki na album Ascetów „Apogeum”, a Doniu pojawił się na albumie Zipery „Druga strona medalu” w charakterze producenta. All Stars Poznań miało się naprawdę dobrze, a kawałek „I moje miasto złą sławą owiane” był swoistą demonstracją poznańskiej rapowej potęgi.
Nie cała Polska podzielała jednak zachwyt poznańską sceną. W samym Poznaniu nawet głosy były podzielone, a ludzie toczyli spory czy niektóre kawałki nie są zbyt komercyjne, miękkie, melodyjne, przesadnie przesiąknięte infantylnymi wyznaniami. Wrzawa robiła się coraz większa, a popularność kawałków wielkopolskich raperów rosła. Przysporzyło im to wielu przeciwników, a nawet doczekali się nowego określenia na muzykę, którą tworzyli – hiphopolo, czyli zbitek słów hip hop i disco polo.

Poznańskich raperów atakowali także koledzy po fachu, którzy nie pochwalali nowego, bardziej przystępnego dla szerokiego odbiorcy nurtu w rapie. Punktowany za ‚komercję’ był Mezo, którego zdissował Ten Typ Mes, Tede i PeeRZet, ale także Ascetoholix dissowane przez Pokahontaz, sam Doniu zdissowany przez Chadę czy Owal brutalnie zmiażdżony przez reprezentanta PDG Kartel – Shellera. Nie wszystkie konflikty, co prawda, spowodowane były muzyką tworzoną przez ‚hiphopolowców’ (na przykład, Mes spiął się do Meza o skracanie ksywy do trzech liter ‚Mez’, co brzmiało łudząco podobnie do ksywy Warszawiaka), jednak główną amunicją dissów był ostatecznie charakter ich twórczości.

Na polskiej scenie szybko pojawiły się też inne składy i inni raperzy, którzy poszli w podobnym kierunku co wyżej wymienieni. Doskonale kojarzymy Jeden Osiem L czy Verbę, ale pamiętamy również rozliczne kooperacje raperów z wykonawcami r’n’b czy popowymi. Kto wybudzony w środku nocy nie potrafi zanucić Lerka i Nowatora „Moja panienka” czy Pezeta i Sidney’a Polaka „Otwieram wino”? Niech rzuci kamieniem ten, kto choć raz w życiu nie bujał się latem do „Dla mnie masz stajla” Trzeciego Wymiaru. Jeśli postrzegać rap jako żywy, człekopodobny organizm, zyskał on nową kończynę do podpierania się, a na jej skład przypadały melodyjne, lekkostrawne dla masowego słuchacza podkłady, śpiewane refreny i często lovesongowa tematyka. Kluczowy jest w tym wszystkim jednak jeden fakt – organizm wstydził się nowej kończyny i starał się ją odrzucić. Tylko dlaczego?

Wiwisekcja

Czy ówczesne, nieaprobowane kawałki prezentowały gorszy poziom niż te obecnie bijące rekordy wyświetleń w serwisach streamingowych? A może były odleglejsze od oryginalnej formy rapu niż obecna twórczość młodego pokolenia? Skonfrontujmy ze sobą ‚hiphopolo’ i polskie kawałki mainstreamowe, które aktualnie święcą największe sukcesy.
Na tapetę weźmy szlagier dyskotek szkolnych w gimnazjach kilkanaście lat temu, czyli kawałek „Aniele” i spróbujmy porównać go z utworem będącym na topie w wakacje 2017 – Quebonafide i Klaudia Szafrańska „Candy”. Podobieństwo obu utworów zaczyna się już na etapie tytułu. Oba tytułu są bowiem apostrofą do kobiet, dla których powstał kawałek i którym to wyznaje się w jego treści uczucia. W „Aniele” Mezo z Liberem mówią swoim wybrankom, że jak wino uderzają do głowy, że dzwony miłości już biją na alarm, że są filiami piękna i uczynią je boginiami swoich świątyń. Całkiem wylewne i pomysłowe wyznania miłosne. Co z kolei słyszy od Quebonafide jego Candy? Słyszy, że jest mu potrzebna, że tylko ona go rozumie, wybacza jego wady, błędy i jest jego malutką Candy. Czy zauważamy specjalną różnicę w warstwie merytorycznej obu tekstów? Quebo wydaje się bardziej infantylny. Poza tym, jedno i drugie to pierdoletto o miłości.
Co się dzieje w warstwie wideo? W „Aniele” mamy do czynienia z  rozwijającą się fabułą. Mezo i Liber zauważają w centrum miasta swoje wybranki (byłą już żonę Meza oraz poznańską aktorkę Katarzynę Bujakiewicz) i zaczynają je śledzić, niezgrabnie próbując nawiązać kontakt. Ostatecznie dowiadują się, gdzie dziewczęta mieszkają, wynajmują mieszkanie naprzeciwko i podglądają je przez lornetki. Całe szczęście w prawdziwym życiu wykazali się znajomością lepszych patentów na podryw i obydwaj spłodzili potomstwo. Jeśli chodzi o obrazek do „Candy” nie ma tu żadnej fabuły. W klipie Quebo i Klaudia Szafrańska przechadzają się po singapurskim parku rozrywki klejąc się do siebie i udając zakochaną na zabój parę. Stężenie infantylności porównywalne, aczkolwiek w poznańskim lovesongu czuć chociaż, że jest to robione dla żartu.
Na koniec trzy różnice, które wykazują, że w „Candy” stężenie hip-hopu jest zdecydowanie mniejsze niż w „Aniele”. Po pierwsze, Mezo i Liber wyglądają jak normalne chłopaki z bloków, ubrani w standardowe streetwearowe rzeczy. Jak wygląda Quebo? Zielone włosy, złote zęby i pstrokate ciuchy jak z ekstrawaganckiego pokazu mody. Po drugie, chłopaki z Poznania rapują, a Kuba śpiewa, czyli robi dokładnie to, za co kiedyś obrywało się ‚hiphopolowcom’. Po trzecie, bit autorstwa Silent’a to klasyczna perkusja rapowa w okolicach ok. 98bpm, do tego cięty sampel i linia basu. Czym poczęstował nas Deemz? Fakt, mamy tam sampel, aczkolwiek o wykwintnym cięciu raczej mówić tu nie możemy, gdyż jest to po prostu wycięta z kawałka Spazzkid „Lovers” pętla. Linia perkusyjna z okresu ‚golden ery’ raczej nie pochodzi. Gdyby tak puścić „Candy” w formie instrumentala kilka przypadkowym ludziom na ulicy (zakładając, że nie znają tego utworu), szansa, że zakwalifikują ten podkład do kategorii rapu byłaby nikła.

Zostawmy jednak już w spokoju Quebonafide. Rzućmy okiem i uchem na innych popularnych aktualnie na scenie rapowej wykonawców i sprawdźmy jak bardzo wpisują się oni w konwencję ‚hiphopolo’:
White 2115 w niekoniecznie zaawansowanym merytorycznie utworze „California” śpiewa (tak, śpiewa, nie rapuje) do dziewczyny żeby zostawiła pracę i zapaliła z nim papieroska (tak, papieroska, nie papierosa). Chociaż w zasadzie jest to bardziej krzyczenie na autotunie. Dalsza część utworu to nie niosące żadnej wartościowej myśli rzucanie kolejnymi pustymi linijkami w rytm podkładu rodem ze złotych przebojów Radia Zet, ale w wersji trapowej. Blacha, również ze składu 2115, śpiewa swojej wybrance, że ta daje mu humor jak słońce i jest jego mademoiselle. Bit do kawałka to afrotrap. Bedoes z Planem Be na bicie Deemza jeżdżą samochodem z nastolatkami nazywając je skarbami i proponując im budowanie własnego Eldorado. Otsochodzi w radiowej balladzie o nieszczęśliwej miłości wtóruje płaczliwemu refrenowi Smolastego, który w klipie mizdrzy się z atrakcyjnym dziewczęciem. Young Igi w napisanym dla swojej dziewczyny love songu „Buzi” wprowadza nas w swój intymny związek z partnerką nie szczędząc nam szczegółów zarówno z płaszczyzny fizycznej, jak i emocjonalnej ich relacji. Nadużywa przy tym słodkich zwrotów do niej i imituje odgłos pocałunków. Mało? No to lecimy dalej, ale już bez rozbijania na czynniki pierwsze. Mocno skrzyżowane z popem podkłady idealne do radia lub na niskich lotów imprezę techno, śpiewane refreny i zwrotki, miłosną, ckliwą tematykę tekstów oraz cukierkową, wymuskaną otoczkę wizualną (klipy, stylizacje) znajdziemy także m.in. u Zarzyckiego, Wac Toja, Bryan’a, Dzakoba, Tymka, Żabsona, Malika Montany, Kartky’ego, Zeamsone, Kukona, Silesa, Kariana, Lipy, Przyła, VBS’a, Be Vis, Zetha. I śmiało stwierdzić można, że kilku starszych artystów, w tym sam Ten Typ Mes ze swoją obecną twórczością, wpadło w konwencję, za którą kiedyś rugali biednych ‚hiphopolowców’. I fakt, niektórzy przywołani do tablicy wykonawcy wcale nie są zbyt szarmanccy dla kobiet w tekstach, albo nie podejmują w nich tematyki damsko-męskiej w ogóle, ale Ascetoholix w „Suczkach” też nie rozpieszczali niewiast, Liber i Doniu w „Skarbach” o miłości nie wspominali, a błotem dostali tak, że wyglądali jak po Runmageddonie. Całej reszty nieprzystających do hip-hopu cech jednak absolutnie nie możemy odmówić wymienionym artystom. Chociaż, ‚hiphopolowcy” w jednym byli lepsi. Piłkarz Mezo, Asceci z Obornik Wielkopolskich, Łukasz z Jeden Osiem L i cała reszta potrafili swoje przeboje wykonać na żywo bez posiłkowania się playbackiem. Wtedy jeszcze było to nie do przyjęcia.

Przeprosić Meza

Współczesnych kawałków w stylu „Candy” nazywanych mianem hip-hopowych jest mnóstwo. Młodzi artyści idą nowym, coraz bardziej utartym szlakiem, którym w prosty sposób docierają do masowego słuchacza i masowych środków przekazu. Jednocześnie coraz bardziej oddalają się od brzmienia gatunku muzyki kultury zwanej hip-hopem. Ówczesna twórczość raperów określanych mianem ‚hiphopolowców’ okazuje się być niczym w porównaniu do infantylności tekstów młodego pokolenia, a w dodatku jeśli chodzi o warstwę muzyczną, rapu zostały tam śladowe ilości, o ile w ogóle. To co kiedyś było potępiane, wyszydzane i wyrzucane poza hip-hopowy nawias, dziś zostało odświeżone o nowe trendy muzyczne i zaserwowane słuchaczom jako stuprocentowy rap, którego można słuchać bez wstydu, a słuchacze bezkrytycznie to przyjęli. Mentalność słuchacza rapu, a raczej rapopochodnej hybrydy z szeroko pojętą popkulturą, zmieniła się diametralnie. Po dokładniejszej analizie tematu można pokusić się o stwierdzenie, że ówcześni raperzy mieli dużo więcej wspólnego z rapem, niż ich następcy wpisujący się w aktualne trendy. Jeśli ktoś kiedyś bluzgał na „Aniele”, a dziś wczuty słucha „Candy”, powinien przeprosić Meza.
I żeby była jasność, powyższe porównanie nie ma na celu obrony artystów UMC i im podobnych. Ich stylistyka tak samo nie wpisuje się w nasze kryteria dobrego rapu, jak obecne wyczyny młodzieży. Chodzi jedynie o pokazanie hipokryzji środowiska, które odrzuciło chałę w jednym wydaniu żeby po latach, z otwartymi ramionami powitać i przytulić chałę w wersji zliftingowanej. Na czym polega różnica między jednym, a drugim, panowie redaktorzy, że Meza chcieliście kamienować, a z Żabsona robicie wielkiego artystę?

Powiązane:
Najnowsze newsy:
Komentarze: