25 lat temu 6 raperów z Detroit weszło do mainstreamu z buta, nagrywając jedną z najbardziej charakterystycznych płyt w historii rapu. Dziś wspominamy album, który dla jednych był tylko zabawnym dodatkiem do kariery Eminema, a dla innych okazał się klasykiem przełomu wieków. Co ciekawe, dokładnie 25 lat po premierze „Devil’s Night” grupa powróciła z nowym albumem „D12 Forever Vol. 1”.
Historia D12 zaczęła się jeszcze w latach 90. w Detroit. Proof, Eminem, Bizarre, Kon Artis, Kuniva i Bugz stworzyli ekipę opartą na prostym pomyśle. Każdy członek miał swoje alter ego, a grupa miała być miejscem, gdzie można było powiedzieć i zrobić wszystko. Po tragicznej śmierci Bugza w 1999 roku jego miejsce zajął Swifty McVay. W międzyczasie kariera Eminema eksplodowała, a sukces „The Slim Shady LP” i „The Marshall Mathers LP” sprawił, że świat zaczął interesować się także jego kolegami z Detroit.
W czerwcu 2001 roku ukazał się „Devil’s Night”, debiutancki album D12. Krążek zadebiutował na pierwszym miejscu amerykańskiej listy Billboard 200 i sprzedał się w milionach egzemplarzy, stając się jednym z największych sukcesów komercyjnych rapowych składów tamtej epoki. Siłą tej płyty była jej bezkompromisowość. D12 nie próbowało być polityczne, uliczne czy ambitne za wszelką cenę. Zamiast tego dostaliśmy czarny humor, horrorcore, absurdalne skecze, chore historie i nieustanne przekraczanie granic dobrego smaku. „Purple Pills”, „Fight Music”, „Ain’t Nuttin’ But Music” czy „How Come” do dziś pozostają wizytówkami grupy.
Oczywiście nie brakowało głosów krytyki. Wielu zarzucało D12 infantylność, zbyt duże poleganie na popularności Eminema i traktowało projekt jako jego poboczne hobby. Moim zdaniem jest to niesprawiedliwa ocena. Owszem, Marshall był lokomotywą całego przedsięwzięcia, ale Kuniva, Proof, Kon Artis czy Swifty McVay wielokrotnie udowadniali, że potrafią dotrzymać mu kroku na mikrofonie. A Bizarre? Bizarre był po prostu Bizarre’em. Nikt wcześniej nie rapował w taki sposób i chyba nikt później też nie próbował. Największą siłą „Devil’s Night” była jednak chemia między członkami grupy. Słychać, że to nie był skład złożony przez wytwórnię. To byli kumple, którzy od lat rapowali razem na podwórkach Detroit. Dzięki temu nawet najbardziej absurdalne momenty albumu brzmią naturalnie.
Po premierze „D12 World” w 2004 roku wszystko zaczęło się sypać. Śmierć Proofa w 2006 roku odebrała grupie lidera i duchowego przewodnika. Później były jeszcze pojedyncze utwory, mixtape’y i koncerty, ale D12 już nigdy nie odzyskało dawnej pozycji. Dla wielu fanów historia zespołu zakończyła się właśnie wtedy. Tym większym zaskoczeniem okazał się rok 2026. Kuniva i Swifty McVay postanowili wskrzesić markę D12, publikując album „D12 Forever Vol. 1”. Na płycie pojawili się m.in. Xzibit, B-Real, Method Man, Ice-T, George Clinton czy Tech N9ne, a dodatkowym smaczkiem są wykorzystane wcześniej niepublikowane nagrania Proofa.
Czy nowy album ma szansę dorównać „Devil’s Night”? Prawdopodobnie nie. I nie musi. D12 z 2001 roku było zjawiskiem nie do powtórzenia. Powstało w idealnym momencie, gdy Eminem był swoim największym primie, MTV wciąż kreowało trendy, a hip-hop nie bał się być niepoprawny politycznie i kompletnie szalony. Po 25 latach „Devil’s Night” pozostaje dokumentem tamtej epoki. Płytą niedoskonałą, momentami głupią, miejscami genialną, ale przede wszystkim piekielnie oryginalną. I właśnie dlatego nadal słucha się jej z ogromną przyjemnością. Bo zanim D12 stało się legendą, było po prostu bandą wariatów z Detroit. I chyba za to pokochaliśmy ich najbardziej.
(Fot. główna – źródło: https://www.facebook.com/HipHopIsAliveTV)














