Wolność słowa to jeden z budulców kultury hip-hop. W myśl tej zasady, Tomasz Grzeszkowiak stawia kontrowersyjną i jednoznaczną tezę odnośnie pierwszego, legendarnego albumu Beastie Boys. Zapraszamy do przeczytania tekstu, w którym autor dowodzi, że ,,Licensed To Ill” to najsłabsza płyta nowojorskiego składu.
Beastie Boys to zespół, którego nazwa najczęściej pojawia się w tekstach rodzimych artystów, między innymi u Peji, Fisza, Łony czy też Sidneya Polaka. Jest to pierwsza amerykańska kapela hip-hopowa, która w 95. roku zagrała koncert w naszym kraju. Wpływ grupy na twórców i słuchaczy jest niezaprzeczalny. Dla wielu dzieciaków, urodzonych w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, debiutancki longplay Beastie Boys pt. „Licensed To Ill” był pierwszym kontaktem z muzyką rap, w tym dla mnie samego. To był szok. Świat przestał być taki sam. Jednak z perspektywy czasu, twierdzę, że to najsłabsza płyta legendarnej grupy. Zanim, ortodoksyjni fani, wyślecie mnie na szafot, przeczytajcie dlaczego.
Wszystkiemu winni Ricku Rubin i Russel Simmons?
Po kolei. W połowie lat osiemdziesiątych Rick Rubin i Russell Simmons, wraz ze swoimi podopiecznymi Run DMC, Public Enemy i LL Cool J’em, zrewolucjonizowali brzmienie i reguły gry ówczesnego rapu. Def Jam rósł w siłę, a płyty sprzedawały się w tysiącach egzemplarzy, głównie wśród czarnej społeczności. Dla ambitnych wizjonerów było to jednak za mało.
Wtedy pojawili się nasi bohaterowie. Czwórka utalentowanych, rozwydrzonych dzieciaków z dobrych domów, marzących, aby podbić scenę. Producenci dostrzegli w nich potencjał. Trzeba było tylko umiejętnie uformować i pokierować grupą, aby biały odpowiednik Run DMC zawojował świat.
Krok pierwszy: dziewczyna perkusistka wylatuje z zespołu. Nie pasuje do rapowego wizerunku. Dalej: image grupy, w tym ich ubiór i zachowanie, zmienia się tak jak nakazuje wytwórnia. Mają robić rozpierduchę, chlać piwo i gadać szowinistyczne teksty, tak jak ich potencjalni odbiorcy, czyli biała młodzież klasy średniej.
Mike D, Ad Rock i MCA bity robią samodzielnie. Słychać już ich niesamowitą wyobraźnię, ale to dopiero przedsmak ich przyszłej kreatywności muzycznej. Poza tym, nie oszukujmy się, wydany w tym samym czasie “Raising Hell” Run DMC, muzycznie bije na głowę debiut Beastie Boys. Teksty są infantylne, prostackie, po prostu głupie, a większość historii jest wyssana z palca. Najlepszym tego przykładem jest singlowe „No’ Sleep Till Brooklyn”. Po latach, w utworze „Sure Shot” z płyty „Ill Communication”, MCA przeprosił za swoje seksistowskie teksty z tamtego okresu, oddając kobietom szacunek.
Pierwszy industry plant w rapie?
Włodarze Def Jam dopięli swego. Produkt o nazwie „Licensed To Ill” Beastie Boys stał się najlepiej sprzedającym, rapowym albumem lat osiemdziesiątych i pierwszym z gatunku, który wspiął się na szczyt listy Billboardu. Po takim sukcesie, naturalną koleją rzeczy było nagranie drugiej super płyty. Jeszcze więcej zadym, piwa i lasek. Będzie sukces, bo to znów wytwórnia wybierze single i okładkę płyty.
Dochodzi jednak do buntu. Trójka małolatów nie chce się dalej wcielać w durną karykaturę samych siebie. Są ambitnymi muzykami, nie pajacami. Grupa przenosi się do Los Angeles i nagrywa „Paul’s Butique” (’89). W zeszłym roku, z okazji 50. urodzin hip-hopu, album ten znalazł się w każdym zestawieniu najwartościowszych płyt w historii gatunku. Płyta tak doskonała, że nikt wówczas jej nie zrozumiał. Potem przyszła kolej na „Check Your Head” i „Ill Comunication”. Punki golili irokezy, a metale ścinali włosy. Wszyscy zakładali szerokie spodnie i bluzy z kapturami. W końcu „Hello Nasty” z dziewięćdziesiątego ósmego roku, moja ulubiona płyta, to powrót do sampli. Dwie nagrody Grammy za najlepszy alternatywny album roku i najlepszy utwór rapowy „Intergalactic”.
Gdy masz ochotę posłuchać Beastie Boys, z pewnością twoim pierwszym wyborem nie będzie „Licensed To Ill”. Leci z głośników tylko wtedy, gdy jakiś portal przypomni o kolejnej rocznicy wydania tej historycznej płyty, w dniu wczorajszym była to już 38. rocznica, albo na imprezach, gdy znajdzie się porobiony ziom, który będzie krzyczał: 'Puść „Fight For Your Right” albo „Girls”’.
Russell Simmons i Rick Rubin stworzyli wykalkulowany produkt. Wykreowali wizerunek zespołu mającego zarobić kupę hajsu. Wiedzieli przy tym doskonale jak trafić do dzieciaków. A co za tym idzie, wyprzedzili swoją epokę o 40 lat.
(Fot. główna: okładka albumu “Licence to Ill”)
















