7 lipca 1997 r. światło dzienne ujrzała płyta Slums Attack „Zwykła Codzienność„, na której miałem przyjemność gościnnie pojawić się w utworze „Królowie Rytmu”. To była jedna z tych historii, których wtedy nikt nie przypuszczał, że po latach staną się częścią polskiego hip hopu. Dziś otwieram przed Wami swój pamiętnik i dzielę się kilkoma historiami sprzed prawie 30 lat.
Na początku lat 90. hiphopowców w Poznaniu można było policzyć na palcach jednej ręki. Nie zdziwiłem się więc, gdy któregoś dnia do moich drzwi zapukało dwóch małolatów w szerokich spodniach i z bandanami na głowach. Zapytali, czy nie pożyczę albo nie przegram im płyt z mojej kolekcji, która, dzięki moim rodzicom, była już wtedy całkiem pokaźna. Peja i Iceman nie mieli daleko, bo ulicę Staszica od mojej dzieliła tylko jedna przecznica. Jako MC Grzechu nagrałem kasetę i rapowałem w klubach studenckich, ale to Slums Attack swoją konsekwencją, uporem i determinacją profesjonalnie zainicjowali rapową scenę w Poznaniu.
Po sukcesie „Antyliroya” Peja stał się ogólnopolską sławą. Kilka lat później znów zapukał do moich drzwi, tym razem z propozycją gościnnego udziału na albumie „Zwykła Codzienność”. Przyniósł bit na płycie CD i rzucił temat: opowiedzieć coś o Slums Attack. Poczułem się zaszczycony. Wena przyszła błyskawicznie i napisałem kilka wersów o SLU, a później, jako zadufany w sobie, ale jednocześnie niespełniony raper, dorzuciłem kilka linijek o sobie. Wczesną wiosną 1997 roku, przed południem, pojechaliśmy z Peją autobusem na osiedle Bajkowe do studia Hellenic, gdzie swoje płyty nagrywała słynna Eleni.
Na miejscu zdziwiła mnie jedna rzecz. Zapytałem, dlaczego nie ma Icemana. Rychu odpowiedział krótko, że nie ma go już w Slums Attack, bo sam odszedł. Był wyraźnie poirytowany, więc nie drążyłem tematu. Studio Hellenic robiło ogromne wrażenie. Mieściło się w przestronnej piwnicy pięknej willi Eleni. Nagranie mojego wokalu poszło bardzo sprawnie – jedna próba, a potem dwa podejścia „na setkę”. Nie pamiętam już, kto wpadł na pomysł, żeby Rychu podbił końcówkę mojej zwrotki, ale był to świetny ruch. Nieskromnie uważam, że do dziś ta zwrotka się broni i, jak na tamte czasy, nadal dobrze brzmi.
W pewnym momencie do studia dosłownie z futryną wparowała ekipa z Piotrkowa Trybunalskiego: DJ Crazy, Mleko, Bitter i Malik (R.I.P.), czyli Born Juices. Stężenie hip hopu na metr kwadratowy momentalnie poszybowało w górę. Pozytywnie zakręceni chłopacy od razu zapytali, czy mogą zajarać. Oczywiście na zewnątrz. Jako pierwszy do pracy zabrał się DJ Crazy, dogrywając skrecze do turntablistycznego numeru „Bonus Scratch”. Byłem w szoku. Po raz pierwszy na własne oczy zobaczyłem, jakie dźwięki można wyczarować z dwóch gramofonów. Czysta magia. Szkoda, że później zniknął ze sceny…
Co działo się dalej, już nie wiem, bo musiałem wracać do domu. Jedno zapamiętałem jednak bardzo wyraźnie. Mianowicie, Rycha przy pracy. Maksymalne skupienie, wszystko dokładnie zaplanowane, pełna koncentracja w studiu. Doskonale wiedział, jaki efekt i jakie brzmienie chce osiągnąć. Cholerny perfekcjonista. Już wtedy było widać, że ma zadatki na prawdziwego lidera. Później nakręciliśmy jeszcze teledysk do „Czas przemija”, oczywiście na Staszica. Pamiętam tłumy ludzi na ulicy, kamerę wielkości telewizora Rubin i budowlaną ciężarówkę z podnośnikiem do ujęć z góry. Iceman już się nie pojawił. Był to pierwszy profesjonalny teledysk rapowy zrealizowany w stolicy Wielkopolski.
„Zwykła Codzienność” ukazała się 7 lipca 1997 roku nakładem RRX. Album doczekał się dwóch reedycji – w 2015 i 2022 roku. Peja od razu zabrał się do pracy nad kolejną płytą, którą było „Całkiem Nowe Oblicze”. Raz pojechałem z nim do Gniezna, do studia Cameya, żeby popracować nad bitami. Dostałem propozycję zajęcia miejsca Icemana. Miałem zostać drugim MC w Slums Attack, ale kompletnie odpuściłem ten temat. Wątpiłem, czy artystycznie się dogadamy. Zawsze byłem bliżej klimatu Native Tongues, a kontakt z ulicą miałem głównie wtedy, gdy przez nią przechodziłem. Przede wszystkim jednak nie wierzyłem, że rap w Polsce rozwinie się do tego stopnia, że będzie można z niego godnie żyć. Hip hop był i jest dla mnie pasją. Nagrywanie traktowałem jako świetną zabawę, nigdy tak serio jak Ryszard. Czas pokazał, jak bardzo się myliłem.
Później Peja poznał DJ Decksa i reszta jest już historią, którą wszyscy znamy. Mój ostatni wkład w SLU to pożyczenie kolekcji winyli na sample, które chłopaki kreatywnie wykorzystali w kolejnych produkcjach. Nigdy nie byłem z Peją na imprezie i nigdy nie wypiliśmy razem nawet grama wódki. Bywałem za to kilka razy w mieszkaniu na Staszica, obserwując z boku, co się dzieje i jak rozwija się jego kariera.
Na koniec tylko dwie refleksje. Każdy wers, każda szesnastka Peji jest szczera do bólu i autentyczna. Od początku wiedział, że tylko dzięki muzyce, którą kocha, może coś osiągnąć. Z bagna wyszedł dzięki uporowi, konsekwencji i wierze w końcowy sukces. Bez chodzenia na kompromisy i bez układów. Do zobaczenia, Rychu, na koncercie. Jak zwykle przybijemy pionę.
(Fot. główna – okładka albumu „Zwykła Codzienność”)
















