„Z polskiego rapu się wyrasta?” – wywiad z Marcinem Flintem

Z polskiego rapu się wyrasta wywiad z Marcinem Flintem

Marcin Flint to jeden z najbardziej rozpoznawalnych polskich dziennikarzy zajmujących się rapem. Pracował dla „Klanu”, „Ślizgu”, „Radiostacji” i „Życia Warszawy”. Publikował m.in. w „Polityce”, „Rzeczpospolitej”, Interii, CGM, „Wprost”, „Machinie”, „Dwutygodniku”, „Noise Magazine” oraz „Gazecie Magnetofonowej”. Jest współtwórcą „Antologii Polskiego Rapu”, podcastu „Od Kimona do Maty” dla Audioteki i komiksowej biografii Pablopavo „Dym”.

Rozmawiamy między innymi o tym, dlaczego z polskiego rapu się wyrasta, czy w Polsce istnieją jeszcze opiniotwórczy dziennikarze piszący o rapie, dlaczego Flint nie buduje własnej marki i nie ma nawet fanpage’a oraz dlaczego uważa, że Popkiller zmarnował swoją szansę. Miłej lektury!

Rozmawiamy przez Messengera, co nie jest najbardziej klasyczną formą wywiadu. Ty sam prowadziłeś kiedyś rozmowy w podobnych warunkach? Zdarzyło Ci się zrobić świetny wywiad mimo tego, że nie siedzieliście z rozmówcą naprzeciw siebie? 

O, wiele razy, choć nie zawsze przyznawałem się czytelnikom, żeby od razu nie założyli, że dostają półprodukt, a ja chodzę na skróty. Tak jest konkretniej, precyzyjniej i szybciej. Rzecz jasna trzeba mieć pewność, że ktoś po drugiej stronie czuje tę formę i nie będzie odpowiadać ci sztywno i półsłówkami. Jest pula twórców, z którą porozmawiasz tylko tak – to ci z dużą potrzebą kontroli i ze złymi doświadczeniami z dziennikarzami. 

Co do tej potrzeby kontroli – kiedyś Krzysztof Nowak przy okazji wywiadu z Mesem napisał, że raperzy bardzo lubią edytować swoje wypowiedzi, a niektórzy nawet ingerują w treść pytań. Pewnie też miałeś takie doświadczenia? 

Tak, to naturalne – kiedy ludzie pilnują wizerunku, to i pilnują języka. W końcu tak budują swoją postać i są potem na podstawie tego oceniani. Dla mnie wywiad w formie pisemnej, jego jakość rodzi się w edycji. Tu przytniesz, tam dokleisz, gdzie indziej podciągniesz pytanie pod odpowiedź. Dbasz o rytm, który w słowie jest kluczem – jak i w muzyce. To nie jest wierny stenogram, to ma się dobrze czytać, choć w sumie wszystko, gdzie jest słowo, ma się dobrze czytać, z instrukcją odkurzacza włącznie. Ale ingerencja dotyczy formy, bo zupełnie inną sprawą jest wyrzucanie niewygodnych treści. To akurat niepoważne – człowieku, jeśli jesteś osobą publiczną, to było się zdyscyplinować myślowo, kontrolować bajerkę i nie marnować czyjegoś czasu. 

Masz za sobą setki rozmów z raperami. Czy kiedy sam udzielasz wywiadu, łapiesz się na tym, że oceniasz pytania rozmówcy? 

Mam wrażenie, że ludzie są odruchowo oceniający – zwłaszcza pod tą szerokością geograficzną. Pytania to pytania – jak zacząłem udzielać wywiadów, zdziwiło mnie tylko to, jak bardzo się powtarzają. Sprytny rozmówca i tak powie, o czym chce, a bystry czytelnik chce angażującej treści, wcale nie odpowiedzi na pytania. Każdy może zrobić sobie na swoim profilu Q&A z odbiorcami. Ale zdecydowanie nie każdy może być na przykład Winicjuszem (seniorem).

Poza tym rozmowa to rozmowa, wywiad to wywiad. Rozmowa to gawęda, w której jesteś z drugą stroną na równi. Wywiad jest po coś, często z założenia na temat. Jako dziennikarz masz być w cieniu, nie o ciebie chodzi. Pytania powinny być możliwie lapidarne.

Na jakie pytanie do tej pory odpowiadałeś najczęściej? 

Hmm, pewnie „Co tam?”. 

Czy kiedy zaczynałeś swoją karierę dziennikarską, przypuszczałeś, że będziesz się tym zajmować przez tyle lat? I że będziesz pisać głównie akurat o rapie? 

Zarabiałem na dziennikarstwie już w podstawówce. Pisałem o grach ktoś tego chciał, ktoś za to płacił, miałem poczucie, że coś mi wyszło. Trzymałem się więc tego gazetka szkolna w liceum pokazała, że tak przyciągam uwagę i mogę odreagować. Pisanie o rapie było naturalnym połączeniem fascynacji dziennikarskiej i rapowej jak czytałem hiphopowy „Klan”, wydawało mi się,  że mógłbym się tam sprawdzić. Progi nie wydawały mi się za wysokie na moje nogi. Ale najpierw jestem dziennikarzem, dopiero potem jest jakikolwiek zakres tematyczny. A dziennikarzem jesteś całe życie, jak alkoholikiem możesz tylko nie publikować / nie pić. To sposób myślenia, słuchania i patrzenia. Nie da się tego wyłączyć. Może szkoda. 

Pisałeś o grach komputerowych, na prywatnym profilu piszesz też m.in. o architekturze i piłce nożnej. O czym lubisz pisać najbardziej? 

O wszystkim. Lubię sam proces zamykania myśli w zdania, doboru słów, to, jak to płynie. Interesuje mnie właściwie wszystko – statystyki piłkarskie, rodzaje jabłek, wyprawy krzyżowe, psychika Klingonów, steampunk, węgierska architektura organiczna, typografia, dark folk, street art i reggae. Chciałbym mówić, że jestem człowiekiem neorenesansu, ale cóż, no nie jestem, a w dodatku w słowie „neorenesans” jest „r”. Poza tym to pewnie ADHD. Na wszelki wypadek nie będę się diagnozować, chcę wierzyć, że jestem aż tak ciekawy świata. 

Pisać jest prosto, ograniczyć słowotok czy po prostu zamknąć japę – trudniej. A trzeba, a trzeba. Przykro mi, że tyle razy mi się nie udało. Grafomania i ignorancja to dwie kochanki – tak upierdliwe jak te Sokoła i świętej pamięci Pono. 

Jako nastolatek wydawałem pieniądze na kasety, kierując się tym, co pisali recenzenci w „Klanie” lub „Ślizgu”. Czy widzisz w dzisiejszych czasach kogokolwiek piszącego lub mówiącego o polskim rapie, kto mógłby być w jakikolwiek sposób opiniotwórczy? 

Nie dla mnie. W informacji ważne są źródła i fakty, nie informator. Ale opinii chcę wyłącznie od postaci – nie przejętej mordeczki z sąsiedztwa, nie randomowego nudziarza z internetu. Szukam połączenia stylu, nieoczywistego wniosku i wiarygodności. Zwykle nie znajduję żadnej z tych rzeczy. Myślę, kogo lubiłem czytać – Tymon Smektała, Y2K, Daniel Wardziński, Kamil Migoń, Karol Stefańczyk. Każdy się wykruszył z pisania o rapie i nie stało się to przypadkiem. Pewnie zaczęli zadawać pytania typu: po co? dla kogo? kiedy?

Czytam Rafała Samborskiego, bo ma wnioski, ucho i jest wiarygodny, ale jest w tym pisaniu za zimny. Lubię Calaka – szanuje język, kocha muzykę, ma edukatorski sznyt, jest zawsze spoko jak Numer od tylu już lat. Tylko że nawet nie mogę go udostępniać, bo dla świętego spokoju ma profil ograniczony do znajomych. Tyle o opiniotwórczości. 

Prywatnie sprawdzam mocniej rzeczy, których nie znam, tylko jeśli Ty coś polecisz albo jeśli Marcin Natali puści coś w RapSesji. A co do ludzi dzisiaj, którzy mogą kształtować opinie innych, to przychodzi mi do głowy jedynie Tede w Kanale Zero. Wydaje się, że po jego wypowiedzi o Sokole i prompterze bardzo dużo osób miało potrzebę wyśmiania Sokoła w internecie. Glamrap też stara się być opiniotwórczy – mimo że nie obserwuję profilu, regularnie widzę ich „artykuły” o szczepionkach i Ukraińcach. Czy z pisania o polskim rapie się wyrasta? 

Próby opiniotwórczości Glamrapu byłyby bardzo zabawne, gdyby nie były szkodliwe. Wstyd mi za ludzi, zwłaszcza starszych, którzy wchodzą tam po ploty i dla aferek jak baby do magla. To, że mnie tam nie ma, jest dla mnie tak naturalne, jak to, że nie bluzgam dwunastolatek po autobusach, nie chodzę na filmy Vegi, na piwo z krawaciarzem umoczonym w politykę, na koncerty Popka i na ryby przy kanale ściekowym. Nie gadasz o muzyce ze spoconym lamusem, który zapluwa ci w klubie ucho jakimś farmazonem. Nie gadasz o polityce z zarzyganym typem w koszulce „Red is Bad”. Nie nabijasz kabzy „przedsiębiorcom” cynicznie trzepiącym hajs na sfrustrowanych niepełnosprytnych. Proste.

RapStacji się kłaniam i gratuluję – playlist i wytrwałości.

Pana Yapę z „5–10–15” – był taki program dla dzieci – Stanowskiego i zaczepki w okolicach premier płyt może sobie darujmy, choć z dwojga złego wolę chyba prompter i żywy syntezator mowy niż robienie z hiphopowego koncertu wiejskich dożynek. Każdemu jego kryzys wieku średniego.

A z polskiego rapu się wyrasta. Jest za słaby muzycznie, zbyt siermiężny, by nie patrzeć na niego przez pryzmat słów. A te słowa to są coraz krótsze zwrotki, coraz bardziej wyświechtane rymy, w których trzeba zamknąć coraz bardziej złożony świat.

Nie obraź się proszę, ale trochę przypominasz mi mnie, kiedy kilkanaście lat temu na pytanie kierowcy BlaBlaCara o ulubioną muzykę odpowiadałem, że funk i jazz, a tak naprawdę dzień wcześniej byłem na bitwie fristajlowej Babinci vs. Napierdalaka. 

Ja jechałem kiedyś ze wschodu BlaBlaCarem z policjantem, który całą drogę na pełnej wczutce puszczał mi policyjny rap. Gdyby zapytał o ulubioną muzykę, powiedziałbym „inna”, ale niespecjalnie dał mi dojść do głosu. 

marcin flint, wywiad, blenderrap

Nadal wrzucasz Jota na swoją tablicę, analizujesz Kamila Pivota, sprawdzasz Mroka i przesłuchujesz kilkanaście razy kawałek Shellera – patrząc z boku, wydaje się niemożliwe, że traktujesz sprawdzanie tego jedynie jako służbowy obowiązek. Mało tego – wydaje się, że mało kto lubi ten chujowy polski rap jak Ty. 

Żebyśmy się dobrze zrozumieli ja się nie obrażam o nic i nie obraziłem się też na polski rap. Kiedy mówię, że jest słaby muzycznie, nie mam na myśli naszych wielu zajebistych producentów, mam na myśli rapowy flow jako instrument. Nie dorastaliśmy na soulu, funku, trawce, w tyglu, gdzie języki mają tysiące melodii. Nie ma polskiego Larry’ego June’a, Snoop Dogga, Slick Ricka, Mos Defa i Andre 3000. Nasz rap wali wódką, dekadami sowieckiej okupacji, paskudną pogodą, mamy kij w dupie montowany w szkołach i w kościołach. Ciąży do melancholii, do poezji, to rap szklanki do połowy pustej i zbyt często wznoszonej podczas nocnych rozmów. Bazuje na tekście i przez jego pryzmat jest oceniany to jego specyfika, która jest dla kogoś dobra, a dla kogoś mniej. Ale fakt faktem słowo się eksploatuje, stawianie go na piedestale powoduje, że chcemy zmieniać piosenki w hymny. A czasy są takie, że komunikaty są upraszczane, bo odbiorca jest bardziej masowy, bardziej rozkojarzony i cóż, mniej umysłowo wydolny. To prowadzi do trywialnych podejść do dużych tematów. 

No ale nie powiesz chyba, że rap nie dał Ci również świetnych chwil?

Jasne, że dał i jest w stanie dać je dalej, choć wymaga to przedzierania się przez hałdy syfu. Co więcej, nie wydaje mi się, żeby Larry June kiedykolwiek powiedział mi coś na miarę tego, co mówi do mnie w tym roku Rau Performance czy Koza – obaj na naprawdę bardzo dobrych płytach. Ale pod koniec dnia czy w słoneczny ranek puszczę sobie raczej June’a. Albo właśnie Jota – ma niepolski luz, jest smooth, jest funky, ma certyfikowaną artystyczną wrażliwość i jest z mojego pokolenia, więc ta niekończąca się nostalgia trafia na podatny grunt. Niemniej generalnie polski rap sprawdzam jak Ekstraklasę – siłą przyzwyczajenia, rytualnie i z wyłączonymi oczekiwaniami. A mainstreamowego staram się unikać – jako papierek lakmusowy społeczeństwa jest nie do zniesienia.

A rap jest mój, tak jak Polska. Tak samo wkurwia, męczy niemożliwie, uwłacza godności i estetyce, zamyka na ludzi, uczy cynizmu. Ale to jest część mojego DNA.

Co do upraszczanych komunikatów trudno się nie zgodzić, ale co do głosu jako instrumentu – nie wydaje Ci się, że jednak z młodymi polskimi raperami jest lepiej niż kiedyś? Widać to, słuchając np. nowego Jimka i porównując swobodę Kosmy Króla/Bedoesa do weteranów. 

Kosma super dzieciak, gęsto klei i na sporym luzie. Cholera, poza tym na tle tego freak show, grupowej terapii i twórców wypalonych / zblazowanych już na debiutach, nagrywających z łaski, jest po prostu sympatyczny i słyszalnie cieszy się nawijaniem. Ale mamy kilkaset premier albumowych rocznie (tak wiem, to nie są czasy albumowe). Ilu jest takich jak on? Ilu się skubanizuje i z fajnej jointowej muzy zrobi się milutka radiówka do nastrojowego pettingu w kuchni? Ilu w ogóle odróżnisz od siebie po tym, jak ugotowali się na tych samych przepisach z Ameryki, Anglii, Francji, Niemiec i to na papkę? Jeżeli rapowe flow jest instrumentem, to co to za komplement, że grasz na nim poprawnie, jak każdy? Poza tym to, że rap stał się popem, nie znaczy, że raperzy jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki stali się wokalistami. Zbyt wielu się tak wydaje albo myślą, że nasz odbiorca nie usłyszy – i w tym akurat często mają rację. 

Przy okazji, skoro wspomniałeś Andre 3000 – „ATLiens” czy „Aquemini”?

„ATLiens”. Zawsze postawię spójny album, który nigdy się nie znudzi, ponad kolekcję nawet najlepszych, najbardziej oryginalnych hitów z najlepszą zwrotką Raekwona w historii. Mleko czekoladowe + szpinak + ATLiens = raj  Siłę tej kombinacji potwierdzi nawet mój przyjaciel, który od szpinaku stroni, bo od razu płacze, że ma tachykardię.

Rolę mediów w dużej mierze przejęli dziś pojedynczy dziennikarze i influencerzy. Mam wrażenie, że jeszcze kilka lat temu większość ludzi wchodziła na CGM bardziej dla „Flintesencji” niż dla artykułów publikowanych na portalu. Ty nawet nie masz fanpage’a. Nigdy nie myślałeś o tym, żeby budować własną markę? 

Budowanie swojej marki to dokładnie to, czego nie chcę. Mnie nie jara biznes, foteczki z gwiazdami, wciskanie ludziom swoich publikacji jak ulotek, rolki i całodobowe chodzenie na cyfrowej smyczy. Żenuje mnie to kiełbasiarstwo i moje życie jest wyraźnie przyjemniejsze, odkąd jestem od tego zupełnie wolny. Nie kręci mnie też YouTube gadało się fajnie, chłopaki z CGM fajni i goście też fajni, tylko szkoda, że ktoś to nagrywał. Ja się dziwię, że ktoś to oglądał, był gotów stracić na to tyle czasu. Dla mnie niepojęte. Ja mogę przeznaczyć 20 minut na Tomka Ćwiąkałę i to tyle. Mnie czasu raczej brakuje, nie mam potrzeby mordować się tym, czym dziś jest w większej mierze YouTube – amatorską czy nawet półamatorską paplaniną przerywaną akwizycją. 

To o co chodzi w dziennikarstwie?

Zamknąć w słowach nastrój, temperaturę, ciężar. Dotrzeć do sedna tak nieprecyzyjnym narzędziem jak samo słowo. Wyczuć ten punkt, gdzie trzeba wbić zdanie, żeby utwór, album rozłożył ci się jak dywan. Uchwycić w końcu to, co się wymyka. To jest absolut. Trajkotanie do kamery to była słaba praca. Komplementy były miłe, to jasne. Ale jak ktoś komplementuje cię jako dziennikarza, a potem idzie do Żurnalisty czy szczerzy się na YouTube obok kogoś, kto nawet nie umie przeprowadzić rozmowy, pójść z pytaniem za odpowiedzią, myśli wolno i niewiele, to jakie to ma znaczenie? Jak mało ten komplement znaczy?

Mam poczucie, że wszystko, co najciekawsze w twórcach, jest w tym, co stworzyli, nie w nich samych. Jak już gadać, to o tym i po to, by więcej z tej twórczości czerpać. Odcyfrowywać, poszerzać konteksty, dostarczać do niej przewodniki. To jest to. A pytać o wszystko, odpowiadać na wszystko… Potem jakaś wyrwana z kontekstu, rzucona na spontanie bzdura idzie viralem, miga ci gdzieś latami i powoduje niesmak.

Też wolę czytać niż słuchać i pisać niż mówić. Wydaje się jednak, że większość ludzi ma odwrotnie. A być może dziś właściwie mało kogo interesuje już zarówno słuchanie, jak i czytanie o muzyce? Oglądałem dyskusję RapMattersPodcast o mediach związanych z rapem i właściwie wniosek jej uczestników był taki, że lepiej już nie będzie. Zgadzasz się z tym? 

Spójrz na disco polo. Jest masowe, wszechobecne. Może to mój dobrze wychowany algorytm, ale jakoś nie widzę, żeby autor hitu „Miód malina” komentował modernistyczną bryłę Muzeum Sztuki Nowoczesnej, futbol faz przejściowych czy Wspólną Politykę Rolną. Nie czytam w recenzji, że pani z Piękni i Młodzi tu nie dociągnęła górki w wokalu, a tam niedostatecznie skoncentrowała się w tekście na kwestii Wolnej Palestyny. Mam wrażenie, że ten – i w związku z discopolizacją gatunku rapowy również – odbiorca niespecjalnie chce wiedzieć wszystko o tych, których przedmiotowo sobie słucha. Nie chcę wiedzieć, dlaczego to jest fajne lub nie. Nie chcę wiedzieć, ile doświadczenia życiowego, jakie kłębowisko myśli i metafizyczny bezmiar stały za wersami „I tylko siup-siup, hops-ops i w kieliszkach zimna wóda / Siup-siup, hops-ops, tej nocy się dzieją cuda” czy „Nie chce się bawić w kotka i myszkę / lubi się stukać nie tylko kieliszkiem”.

Poza tym wiadomo, nie będzie krytyk pluł nam w twarz ni dzieci nam lewaczył – skoro ludzie w internecie masowo wystawiają ocenę i komentują, czasem nawet nie słuchając – po co komuś jakieś elitarystyczne wywody z dupy? Przecież potrzeba jaskiniowo  prostego komunikatu – że zajebiste albo że chujowe. Politycy do pary z big techami zadbali, żeby nasz wewnętrzny cham i ignorant był nobilitowany. Nie umiemy czytać krytyki i nie rozumiemy tego języka ani jej funkcji. Również dlatego, że nas nie nauczono, nie wytworzono w nas tej potrzeby. I co? I nic. Zero potrzeb. Życie płynie dalej.

Mam też odwieczny, wyrażany wiele razy żal, bo „Ślizg” wpuszczał na łamy adeptów – najpierw przyciągał ich przez to, czym był, potem redagował, dawał feedback, publikował. Ludzie, którzy potem stali za Popkillerem – Mateusz Natali i Daniel Wardziński – byli na łamach. Byli też w „Ślizgu” Bartek Skolasiński czy Kamil Migoń – nieśli dalej tę pochodnię. Kogo wychował Popkiller? Być może wielu konsumentów alkoholu, który sponsoruje jego gale, i fanów podejścia „nagradzajmy wszystkich za wszystko, to PR sam się zrobi”. Mimo tego, że do popkillerowych gremiów wchodzi wielu, którzy sobie na to zasłużyli, to nadal są one najkrótszym i najcelniejszym żartem o „mediach związanych z rapem” – zarówno ze względu na to, kto tam jest i kogo tam nie ma.

O kim mówisz konkretnie? Kogo tam brakuje w gremium i kto Twoim zdaniem nie zasługuje na tę obecność? 

Nie można traktować nominacji do gremium w kategoriach dyplomu za zasługi ani dawania czegoś na zachętę. Wyłącznie regularnie publikujący i opiniujący, którzy dali wymierne powody, by z ich opinią się liczyć to powinno być wyróżnienie za ciężką, bieżącą pracę, słuchanie mnóstwa złej muzyki, czytanie tysięcy idiotycznych komentarzy. A tu z jednej strony kombatanctwo, z drugiej promocja nowych klapków na Mokotowskiej, a pośrodku jakiś tabloid, gdzie jakiś incel prosto z patroli dworcowo-przygranicznych bawi się głupio, jeżdżąc prętem po otwartej klatce pełnej znudzonych i wkurwionych orangutanów. 

Miało być konkretnie. 

Krzysztof Nowak, Mateusz Osiak, Marek Fall, Filip Kalinowski, Piotr Szwed, Marcin Misztalski, Szymon Kubas, Paweł Kątnik where? Pewnie większość, jak nie wszyscy, otrzymali tę propozycję, podobnie jak ja, ale… Po pierwsze nie płacą za coś, co w warunkach uczciwego uczestniczenia w gremium powinno kosztować mnóstwo pracy, a przecież mają sponsora i grają w tę naszą ulubioną branżową grę, symulując profesjonalizm. Po drugie patrzysz na tego Popkillera: eventy, współprace reklamowe, spijanie z dziubków, statuetka dla najbardziej ulicznie mądrego rapera w świętokrzyskim w latach 1997–2003 i jakiś wzruszony dinozaur, który wziął L4 w Bałtowie i jedzie odebrać. A na końcu ten portal niczym spory, suchy, smutny szkielet, który dla przyzwoitości (i dla kultury oczywiście, przecież to wszystko dla kultury) warto byłoby czymś obłożyć. 

Cenię Mateusza Natalego to jak kalifornijski surfer zamknięty w Polaku, autentyczny optymista z pogodą ducha, co zresztą przekłada się na styl pisania, odmienną optykę i gigantyczne osłuchanie. Szkoda, że złożył swój talent na ołtarzu… nawet nie wiem, jak to nazwać. Niech będzie, że przedsiębiorczości. Takimi historiami branża stoi. 

Co do wypuszczania adeptów – uważasz, że rolą dziennikarza w redakcji jest również uczenie młodszych kolegów? Od kogo Ty się uczyłeś i komu przekazywałeś swoją wiedzę?

W „Antologii Polskiego Rapu” dziękuję każdemu mojemu redaktorowi, a jest długa lista – od Mateusza Konkreta po Jarka Szubrychta. O właśnie, redaktor to nie jest synonim słowa „dziennikarz”. Warto wiedzieć. Nie ma redaktora, to i nie ma dziennikarza – jest mediaworker. Patrzyłem więc z podziwem na pewność siebie i kąśliwość Tymona Smektały z „Klanu”. Liznąłem radia u Druha Sławka, nie smakowało mi. W „Ślizgu” nieustannie darłem koty z nieżyjącym już Kowalem. Przez większość czasu byłem idiotą, który traktował swoje zdania jak relikwie, ale miałem szczęście – nawet furiaci mieli do mnie morze cierpliwości. Nakład “Ślizgu” do pary z właściwą rapowi przewózką oduczył mnie przyjmowania krytyki, a i wcześniej nie byłem w tym mocny. Przemek Dziubłowski w „Życiu Warszawy” cierpliwie odsyłał mi teksty, zaznaczając, co poprawić. Długa lista, aż w końcu przyszły czasy, w których najczęściej po prostu publikowano wszystko, co wysłałem, czasem z jakimś dodatkowym błędem w bonusie. Prawie nigdy nie wyglądało to tak, jak moim zdaniem powinno, ale oduczyłem się frustrowania się tym. Choć przekonanie, że twój tekst nie obchodzi nawet redakcji demotywuje, nie ma się co czarować.

Dobrze, ale co z tym przekazywaniem wiedzy?

No nie siedziałem w jaskini, gotując kożeniuszkę i czekając, aż pod moim okiem adept jasnej strony mocy podniesie statek z bagna. 

Niby mam w swoim CV sporo dzienników, większość tygodników, od cholery magazynów i portali, a nawet consultingi, reklamową robotę dla dużych brandów, przygodę z mediami klubowymi sportowego potentata czy wykłady dla prestiżowej uczelni – co w sumie jest definicją przekazywania wiedzy, ale w skromnym wymiarze i nie tylko dziennikarzom. Opublikowałem tysiące rzeczy, dziesiątki milionów znaków. Trochę moich tematów trafiało na okładki, trochę rozmów robiło na YouTube po kilkaset tysięcy, mam książkę, komiks, dochapałem się dwóch sezonów podcastu dla Audioteki i bloga dla „Polityki”. Ze trzy razy budowałem się w rapie na nowo, bo to aż dziwne jak inna grupa ludzi zna mnie z papieru i początków internetu, jak inna z portali i jak inna z YouTube’a. 

Czuję się spełniony i mam poczucie przejścia tej gry, ale jednak w czasach, gdy jej poziom trudności systematycznie spadał. Poza tym co to za gra? Ludzie jeżdżą na wojny, tygodniami tropią afery, swoją pracą pomagają potrzebującym – nie zrobiłem niczego ani trochę tak ważnego, moje dziennikarstwo jest bez dyplomu i nagród.

Myślę, że słowo mnie lubi, niemniej mam procent talentu mistrzów, promil ich wiedzy i etosu pracy. Zawsze, jak mam powiedzieć, że jestem dziennikarzem, czuję się głupio – jakbym nie zasłużył. Zawsze – a zdarzało się sporo razy – kiedy ktoś podbije, bo mnie kojarzy, bliscy mają ze mnie bekę i sam mam ją z siebie. Samemu sobie bym nie zaimponował, więc w sumie czemu ktoś miałby mieć mnie za autorytet?

Trzeba pytać innych, ile z mojej pracy dla siebie wyciągnęli i czy cokolwiek. Ale jak Krzysztof Nowak powie, że nic, to przyjdę i porozrywam mu te koszulki w pieski.

A skoro już jesteśmy przy przekazywaniu wiedzy i wyłapywaniu talentów – gdybyś to Ty miał robić Młode Wilki w 2026 roku, kogo byś wybrał? 

Jarka Jakimowicza. To ten moment wstydu, gdy zdecydowanie za mało słucham, żeby gadać, a jednak się nie zamykam. Na pewno Haja Graf, Guest Julka, JupiJej, Zuziula, być może Jan Marczewski, ujmujący dzieciak z nosem do melodii. Bo chyba postulować Kosmę Króla, Waimę, Zippy’ego Ogara, Marcelego Bobera, Huberta czy kogoś z Natury 2000 bądź Ziomców już po prostu nie wypada, nie? Dla mnie młodym wilkiem jest nawet Michał Wojtek, ale nie ma tak, że sprawiedliwość po czasie, że nadrabianie zaległości. Trzeba się powstrzymać od zbyt dalekich powrotów do przeszłości, bo potem jest jak na „Młodych Wilkach 4” – Diset sprawia tam wrażenie typa, który resztę towarzystwa przetrzymywał w piwnicy. 

Tak myślałem, że dasz więcej młodych raperek niż raperów.

Tu jeszcze zostało u nas bardzo, bardzo dużo do zrobienia. Dobrze rapujący koleś to raczej standard. Dobrze rapująca dziewczyna to nadal niespodzianka. Nie powiedziałbym, że Guest Julka warsztatowo rapuje jakoś super, to spokenwordowe flow, ale jest inna. Ciekawi mnie jako postać, roztacza aurę, jest na swój sposób zmysłowa, rozpoetyzowana jak kiedyś Aśka Tyszkiewicz, ma dziwną, frapującą energię. Otsochodzi rapuje zajebiście, ale zupełnie mnie to nie ciekawi, nie mam żadnej potrzeby obcowania z tym, żadnej relacji, gdy słucham. Julkę sprawdzam, bo intryguje, gdzieś mnie zabiera.

Zuziula to kolejne stadium ewolucji raperki w duchu tych współczesnych, mainstreamowych dziewczyn ze Stanów. Jeszcze nie ostatnie – ale dużo fajnie ogarniętych, niełatwych patentów, nie do pociągnięcia bez skillu i ucha – dzieje się. Nie puściłbym sobie, niemniej nie mogę nie uszanować. A Haja jest rugged and raw, przy czym jest to podbite wrażliwością. Pięknie niedzisiejsze, autentycznie pasjonackie. Bezprzypałowe – a w polskim rapie, tym basenie hotelowym im. Songo Bukowskiego, to już bardzo, bardzo dużo.

W sumie raperki i raperzy, którzy chcą się promować przez media, również nie mają łatwo. Nawet ci, którzy coś już osiągnęli i są w jakiś sposób rozpoznawalni, muszą często płacić, żeby media o nich napisały. Gdzie Twoim zdaniem powinien zwrócić się dobry, ale nierozpoznawalny jeszcze raper z prośbą o pomoc w promocji? 

Nie wiem. Nie do mnie. Jest takie powiedzenie, które lubię: play stupid games, win stupid prizes. Parafrazuję: play stupid games, follow stupid rules

Cieszysz się, że nie nagrywasz już podcastów na YouTube i że polski rap to nie jest już Twoje życie zawodowe. W ogóle wydaje się, że pisać o rapie się nie opłaca – raczej nie da się na tym zarobić, Twój Messenger jest zapewne pełny wiadomości w stylu „proszę to sprawdzić”, raperzy Cię wyzywają w swoich kawałkach. Czy widzisz jakieś powody, dla których warto o tym pisać, choćby miał to czytać ten tysiak w Polsce? 

Moim zdaniem dziennikarstwo bez odbiorcy nie ma za wiele sensu, bo to nie literatura, wielka powieść, którą odkryją kolejne pokolenia, nie będzie sugar manów, nad którymi pochylą się po latach dokumentaliści i zgarną nagrody. Ale czy sens to wszystko? Pisać trzeba koniec końców dla siebie, dla własnej satysfakcji, ćwiczenia mózgu. Nie ma korelacji między jakością tekstu, celnością obserwacji, wnikliwością analizy a jego popularnością. Naprawdę żadną sztuką jest zrobić zasięgi na memie czy polaryzującym poście pod algorytm. Jeżeli cokolwiek piszę, to dlatego, że mam ochotę, i przez krótką chwilę sprawia mi to przyjemność. To pewnie zwykła chemia. Ale, jak powiedziałem, to jest chwila. Lubię wszystko to, co zachodzi w mojej głowie na moment przed publikacją, na tej samej zasadzie, na której najfajniejszym momentem imprezy był dla mnie spacer do nocnego. Potem to już tylko strata czasu.

Zawsze też warto pisać za honorarium, które możesz wydać na rozwój – swój lub czyjś.

Ale czy w ogóle ktoś chce płacić za pisanie/czytanie o rapie? Bartek Biegun mówił ostatnio, że zarabia z tego maks kilkaset złotych w miesiącu, Mateusza Osiaka nie stać na montaż, moi koledzy z Blendera piszą newsy w wolnych chwilach i proszą o „stawianie kaw”, Newonce chciał stawiać na płatne suby, ale nie wyszło. 

Ale czy w ogóle ktoś tu jest gotowy płacić za kulturę, za media? Liczyć to możesz na smutne buźki, jak się zawijasz. Pamiętam to pieprzenie sprzed lat: „kradnę kulturę, bo już zapłaciłem za internet”. Teraz płacę za streamingi i dupka czysta, mam w nosie to, że artyści sankcjonowali kiedyś to jawne okradanie ich wyłącznie z bezsilności, bo i tak by im to ukradli z internetu, a tak chociaż mają jałmużnę i brak poczucia nagrywania dla piratów.

A całe to szczucie na artystów w związku z ustawą o minimum socjalnym, do której pies z kulawą nogą nie zajrzał, ale ludzie warczą, jak treser szarpnie smyczą? Kultura to podstawowa rzecz, która różni nas od zwierząt – in plus, bo in minus w sumie sporo rzeczy. Kwestia cywilizacyjna, tożsamościowa. Najważniejsze chwile naszych żyć mają ścieżkę dźwiękową. Zawdzięczamy jej doświadczenia formacyjne, wznosi nas wyżej, ale też uczy nas empatii, jak stoimy na ziemi. Łączyłbym poziom empatii polskiego społeczeństwa z jego obyciem z kulturą.

Widzę, że podejście Polaków do kultury wzbudza u Ciebie sporo emocji. 

Bo mnie to wkurwia. Ale też dlatego, że dziennikarze są w tej sytuacji jak artyści. Wywaleni poza nawias systemu ustawionego pod etatową pańszczyznę. Skazani na słuchanie tego obelżywego słowa “śmieciówka”. Przyjmowani z ironicznym uśmiechem, bo to przecież nie jest poważny zawód. Jak nie odbijasz karty co rano, nie masz na brodzie dołeczka od jaj szefa, praca cię rozwija i daje ci przyjemność, to przecież nie jest pracą. Dziennikarz to w oczach takich ludzi taki sam uprzywilejowany nierób jak artysta. Idź do NORMALNEJ pracy, pisz i nagrywaj se po niej dla dobra ogółu.

Ludzie nie będą płacić za media, bo się zdążyli oduczyć płacenia za takie rzeczy, bo nie widzą różnicy w jakości między darmowym a płatnym – przez ich kompetencje, ale też przez to, że jej po prostu czasem nie ma. Jest też gminne przekonanie, że taki dziennikarz rapowy tu przytuli za pozytywną opinię, tam popije i nawciąga się z raperem, no życie jak w Madrycie i to takie, wiesz,  Edena Hazarda. To niesprawiedliwe, gdyby kogokolwiek znał Bartka Bieguna, wiedziałby, że nikt nie chce z nim popijać – to niemiły, niepoważny i już niemłody człowiek, którego OSTR wygryzł ze standupu i mści się na raperach. Wiem Bartku, że teraz się śmiejesz. Naprawdę nie ma z czego. Orły już lecą wydziubać ci z wąsów resztki splendoru. 

Często słyszy się, że jesteś „najbardziej ciętym piórem” w polskim dziennikarstwie rapowym. „Dissował” Cię Quebonafide, Bober rapował, że siedzisz w piździe i nikogo nie lubisz, Bedoes mówił, że jak jesteś dziennikarzem, to on, kurwa, baletnicą. Jak myślisz – dlaczego budzisz takie emocje? 

Myślę, że kluczowy jest tu kurwa balet Bedoesa. Był tu już kwiatem polskiej młodzieży, gangsterem, kowbojem, czemu nie baletnicą? Jak to ujął ostatnio jakiś copywriter po lobotomii: przy Żubrze nawet „Jezioro łabędzie” da się obejrzeć. A tak serio – bo jednak trudno być serio, kiedy mówisz o typie, który skończył 12 lat i nie wie, po co są podatki – wszystko budzi emocje, wszystko jest rozchwiane, rozhisteryzowane, rozpisane na miliony chwilowych dramatów, które można sobie aplikować. Za dużo drillu, za mało stoperanu. A ja jestem częścią dopaminowego cyrku, bo lont i listę osób, od których zależę, mam krótkie (wystawiam się na łatwy cios odnośnie do tego, co jeszcze mam krótkie, i mam nadzieję, że jest na tyle oczywisty, że każdy poza Bartoszem Biegunem się powstrzyma).

PS. Bober, lubię cię. Lubię i obserwuję.

W sumie chyba też muszą Cię dissować, bo innych rozpoznawalnych dziennikarzy rapowych, którzy piszą cokolwiek poza przeklejaniem linków, nie ma zbyt wielu. A wyzywanie dziennikarzy to klasyka polskiego rapu – lepszy jest tylko beef z sąsiadem. 

To tak naprawdę forma nobilitacji, największy dowód na to, że ktoś się liczy z twoją opinią. Gdybym myślał kategoriami marki osobistej, to pewnie powinienem w podzięce wysłać Quebo butelkę Moëta czy tam pudełko wyszywanych jedwabnych chusteczek, bo nikt inny tyle dla niej nie zrobił, a już zwłaszcza ja sam. Sarkazm Que był na tyle wyrafinowany, że sprawił mi dużą przyjemność tym, że musiałem sobie na niego zasłużyć. Co by nie mówić – klasa. 

Pytanie na koniec – w 2003 roku napisałeś felieton o tym, jak Twoim zdaniem będzie wyglądał polski rap w 2013 roku. Jak myślisz, co z polskim rapem i „hip-hopowymi mediami” będzie w 2036 roku? 

Nie myślę o tym – i nie planuję zacząć. Co będzie w 2036 r.? Wszystko wskazuje na to, że będzie warto mieć sieć domów opieki, gabinetów psychiatrycznych i fabrykę pieluch dla dorosłych. 

I tego Ci życzę. Dziękuję za wywiad. 

Nie życz mi tego – zresztą pewnie Skolim i Kizo zdążyli już wysondować ten rynek. Dzięki.

marcin flint, wywiad

(Fot. główna – prywatne zdjęcia Marcina Flinta)

Jeśli lubisz to, co robimy, możesz okazać nam wsparcie przez:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

PODOBNE ARTYKUŁY

NAJNOWSZE