“To była mega długa droga” – wywiad z Tyranem

Opublikowano: 12/01/2024
Autor: Jakub Sommerfeld
Zdjecie newsa

Tyran to producent, którego możecie kojarzyć przede wszystkim ze współpracy z Nullo i z ich wspólnej płyty “Zabójca królowej”. Jego dorobek artystyczny jest jednak znacznie większy, a jego historia jest bardzo ciekawa. Tyran opowiedział nam, jak wyglądała droga od pierwszych bitów, które siekał w Miłosławiu, aż do współpracy z reprezentantem Trzeciego Wymiaru. Dlaczego podpadli mu menedżerowie zespołu Queen? Czy jest gotowy dać komuś bit za darmo? Odpowiedzi na te pytania, a także na wiele innych, znajdziecie w naszym wywiadzie. Zapraszamy do lektury!

Jak to jest/było być producentem z małej miejscowości? Miłosław słynie przede wszystkim z piwa, mniej z rapu. 

Zaczynałem działać z hip hopem w latach 2002-2004. Pamiętam, że wtedy w Miłosławiu był prawie zerowy dostęp do rapu oraz raczkujący internet – połączenia na komórkę były za złotówkę i 75 groszy za sekundę. Kompletnie nie znałem nikogo, kto byłby raperem.

Celowo użyłem słowa “prawie” – w tamtych czasach mieliśmy w Miło ekipę tancerzy o nazwie The Freaks. Wkręcił mnie do niej mój kuzyn Tomek. Stary, to zostanie we mnie do końca – rytmy hip hopowe, mocne nagłośnienie w ośrodku kultury. Panował tam niesamowicie przyjazny klimat. Starsi koledzy mieli chyba coś w rodzaju misji. Było nas ponad dwudziestu, wszyscy zaraziliśmy się wzajemnie pasją do kultury i tańcem. 

Mijały lata, a ja coraz bardziej myślałem o tym, żeby wyrażać siebie poprzez nawijkę. Na treningach tańca pojawił się Yogas – turbo charyzmatyczny ziom, który zawsze miał najlepsze dupeczki (śmiech). Po jakimś czasie, kiedy dowiedział się o tym, że próbuję pisać rymy, powiedział, że ma w swojej szkole ziomka, który też coś nawija. Zdajesz sobie sprawę, jak wtedy musiałem się poczuć? “Dawaj tego ziomka na trening!” (śmiech) W ten sposób poznałem Wojaka i przybiliśmy sztamę praktycznie od razu. To właśnie z nim założyliśmy pierwszy skład rapowy. Nie byliśmy jeszcze pełnoletni, nazywaliśmy się Stres Skład – stresu faktycznie było sporo, mieliśmy różne charaktery i poglądy.

Pierwsze rzeczy nagrywaliśmy u Jankosia – ziomka Wojaka z osiedla. On jako jedyny z nas miał kompa. Jednak nie ukrywał, że proces powstawania naszych numerów sprawiał mu dużo radości. Po jakimś czasie doszli do nas Kamis, Filu, później Batur i Mitios

Życie w małych miejscowościach ma zarówno swoje plusy, jak i minusy. Zajawka zaczęła się przeradzać w styl bycia, w sposób postrzegania rzeczywistości. Jednak nie mieliśmy większych perspektyw i ambicji – to wszystko raczej zamykało się w naszym małym świecie. To tak jakbyś był z ziomkami na bezludnej wyspie, gdzie macie telewizor – ty z telewizji o świecie wiesz wszystko, o tobie i o tym co tworzysz, nie wie nikt.  

Wiadomo, że internet zmienił wszystko – dostępność do ludzi z najróżniejszych zakamarków naszej planety jest czymś, za co kiedyś dałbym się pokroić. Musimy jednak pamiętać o tym, że kiedyś nasze cele były inne. 

Dzisiaj Miłosław jest w rękach Igora i Kosy (TrueSkull). Chłopaki są naprawdę na solidnym poziomie i mają coś, czego nam z Wojakiem brakowało wtedy. Mówię tu o lokalnym wsparciu. Teraz rytmy 4/4 i chociażby używanie przekleństw jako formy ekspresji w tekstach są powszechne. W tamtych czasach Wojak był ściągany ze sceny za użycie słowa “pierdolę” (śmiech).  Eventy w ośrodku kultury organizowała pani od muzyki z podstawówki/gimnazjum, my mieliśmy wtedy po 14 i 15 lat, było ciekawie. 

Miłosław był jak jedna wielka dzielnica – każdy się znał. Począwszy od naszych dziadków, a kończąc na nauczycielach rodzeństwa. Ja miałem przerąbane, bo byłem najmłodszy w rodzinie. (śmiech)

Spytałem o życie producenta, a okazało się, że zacząłeś od tańca i od rapu. Jak w takim razie doszło do tego, że zacząłeś sklejać sample? 

To prawda, na początku w ogóle nie myślałem o byciu “beatmakerem”. Sorry, ale postrzegam siebie jako beatmakera nie producenta, bo do niego jest mi jeszcze daleko (śmiech). Pisałem teksty i to nie pod instrumentale, ale pod normalne kawałki z rapem. Tworzyłem swoje, skupiając się wyłącznie na rytmie. Po jakimś czasie dorwałem płytkę na PSXa  z programem Music 2000. To wtedy zaczęło mi coś świtać: “tyyy, mogę zrobić bity dla nas wszystkich”. Technologia szła do przodu, nośniki i sposoby nagrywania zmieniały się błyskawicznie, a ja cały czas nie miałem komputera. Dlatego godzinami przesiadywałem u kumpli, którzy mieli komputer, przynosiłem wypalony na płycie DAW Fruity Loops 3.5 Demo i brzdąkałem pod presją wkurwionych rodziców znajomych, że jakiś młodzik, właściwie kij wie kto to jest, siedzi pół dnia i zajmuje komputer. Późną nocą chodziłem również do komisu komórkowego, w którym dorabiał Yogas i korzystałem z cudzego sprzętu.

Kto był wtedy Twoją inspiracją?

Jeśli chodzi o sam zryw w stronę kultury hip hop – odpowiedzialny za to był nikt inny jak 2Pac. Nawet bardzo dobrze pamiętam że był to 97 rok, lato… Na Polsacie wtedy leciał jakiś program muzyczny dla młodych. Serio do dziś pamiętam, jak przybiegłem z podwórka do kuchni, żeby napić się wody, a w TV leciał akurat klip do “Changes”

Mimo że klimat mojej muzyki to raczej Nowy Jork, to początki mojego poznawania rapu ze Stanów częściej kręciły się w dzielnicach zachodniego wybrzeża. Za moje zainteresowanie west coastem odpowiedzialny jest Buszi z Poznania – kolega Yogasa, o którym już wspominałem. Kiedyś był częstym gościem w Miło i to właśnie on na kwadracie moich rodziców pierwszy raz pokazał mi Bone Thugs-n-Harmony. To wywarło na mnie taki wpływ, że prawie codziennie w głośnikach miałem diss na Dre“’Real muthaphuckkin g’s”.

Co do naszej rodzimej sceny… Zawsze będę powtarzał, że najważniejsze były dla mnie trzy albumy: Grammatik – “Światła Miasta”, Peja – “Na legalu?” oraz OSTR – “Tabasko”. One powodowały we mnie niekontrolowaną chęć do powtarzania na głos wersów podczas słuchania ich na magnetofonie. 

Jestem rocznik 86. Lata 90. to moje lata – to tamtym klimatem nasiąknąłem za młodu i do dzisiaj go gloryfikuję. Mój gust na pewno ukształtowali Pete Rock, J Dilla, DJ Decks, Noon, DJ 600v oraz przede wszystkim mój guru – Dj Premier. To właśnie ich sekwencje otworzyły w mojej głowie chęć do wyrażenia swoich emocji poprzez platformę muzyczną.

Jak zmienił się ten proces twórczy od czasu, kiedy musiałeś szukać kolegów z komputerem? W jaki sposób tworzysz bity dzisiaj, kiedy na wszystko masz więcej czasu? 

Tworzenie muzyki jest dla mnie formą pewnej terapii – nauki bycia cierpliwym… Każda z produkcji wiąże się z przekazywaniem pozytywnych lub negatywnych emocji, które na dany moment we mnie siedzą. Cholernie trudno mi pracować pod presją deadline’ów – to mi kompletnie nie wychodzi. Jestem osobą DDA, emocje mają nade mną kontrolę. Chociaż mam tego wszystkiego świadomość i pracuje nad sobą, to czasami trudno jest się im przeciwstawić. 

Bywa, że przez 5 lat tworzę wyłącznie samplowane bity, żeby odstawić je na pełne 2 lata na rzecz grania. A potem znowu wracam do sampli. Są też takie momenty, kiedy odstawiam całkiem gatunek hip hop na rzecz pewnego rodzaju eksperymentów i muzycznych doznań w muzyce elektronicznej.

Jakie błędy popełniłeś w przeszłości jako producent i dzisiaj mógłbyś przed nimi przestrzec kogoś, kto tak jak Ty lata temu pierwszy raz stwierdza, że może warto zacząć to robić?

Co do moich błędów – na pewno na pierwszym miejscu jest niezwracanie należytej uwagi na mix/mastering. Audio design to podstawa do bycia szczęśliwym beatmakerem. (śmiech). Właściwie jedyną radę, jaką mógłbym przekazać początkującym siekaczom patternów, to: “Pierdolcie TYPE BEAT’Y – znajdźcie swój klimat”. Ale co ja w sumie mogę powiedzieć tym ziomeczkom, którzy z dzisiejszą dostępnością do tutoriali, już po tygodniu mają większy zapas wiedzy niż ja 5 lat po swoim starcie. (śmiech)

Przejdźmy do pracy z raperami. Przez lata Twoje bity pojawiły się na wielu płytach – współpracowałeś m.in. z Ramoną 23, Kobrą, Kerzem, Słoniem, Jagłą lub Racą. W jaki sposób łapałeś te kontakty? To w większości raperzy z Poznania. 

Z większością ludzi z Poznania złapałem kontakt dzięki Biauasowi – wtedy jeszcze z Środy Wielkopolskiej oraz dzięki Fugolowi z Kostrzyna. Mowa tu o latach 2007-2010. To były czasy, kiedy poznanskirap.com odwiedzało się kilka razy dziennie, rymy pisało się równie często, cały czas myślało się o bitach i szukaniu w necie informacji: “jakiego sampla użyto w tym kawałku. Jaki to gatunek muzyczny i gdzie to kurwa pobrać”. (śmiech) W tamtym czasie bity klepałem od jakichś 3-4 lat. 

Koniec końców nie udźwignąłem tego – zawaliłem kilka współprac. Szkoda mi ich, kiedy patrzę na to z perspektywy czasu… Chociaż mam też takie spostrzeżenie, że łatwo jest kogoś oceniać i wysyłać go do trumny, bo na przykład przestał się odzywać, ale prawie nikomu nie przyjdzie na myśl, żeby się spytać, co tam się odpierdala u tego typa i co może być przyczyną milczenia.

Dzisiaj jestem mężem i tatą dwóch córek, staram się pracować nad sobą, być prawym człowiekiem, odpuszczać jakieś negatywne rozpamiętywanie. Jak nabywasz pewne umiejętności, które pomagają w rozwiązywaniu niezamkniętych spraw sprzed lat, to pozwala ci to spojrzeć na dany okres z totalnie innej strony. Bądź co bądź to były jedne z lepszych lat w moim życiu – jak nocny freestyle z Biauasem zimą pod blokiem Świerka. (śmiech).

A z jakiej współpracy jesteś szczególnie dumny? 

Każda mniejsza/większa współpraca jest dla mnie czymś osobliwym – nie wrzucam tego w kategorie “najlepsze” lub “najgorsze”. Z każdej z nich udało mi się coś wynieść. Ale właśnie te pierwsze współprace w Poznaniu, kiedy wyszedłem spoza okrąg znajomych z małego miasteczka pokazały mi, jak naprawdę wygląda środowisko undergroundu i kultury hip hop. 

Jak doszło do Twojej współpracy z Nullo? Jak powstał album “Zabójca królowej”?

Wszystko zaczęło się w ten sposób, że zrobiłem kilka produkcji na płytę Fugol “Księga”, która ujrzała światło dzienne 10 października 2011 roku. Stworzyłem m.in. bit do kawałka “Mimo wiatru w oczy”, na który autor zaprosił gościnnie właśnie Nulla i Dja Elementa. Pewnego dnia Fugol do mnie zadzwonił i powiedział, że przekazał mój numer telefonu reprezentantowi Trzeciego Wymiaru. Podobno Nullowi mega spodobał się mój bit i chciałby pogadać. Potem zadzwonił, przedstawił swoją wizję i… Chyba nie muszę mówić o tym, co się działo w głowie ziomka z małego miasteczka, który właśnie skończył rozmawiać z kimś, kogo widział w Teleekspresie lub w liście przebojów 30 Ton. Brachu, to był dla mnie kosmos. 

Warto wspomnieć o tym, że jeszcze przed przybiciem sztamy poprzez wspólny album “ZK”, można było mnie usłyszeć na solówce Nulla pod tytułem “SPG Dystrykt”

A “Zabójca królowej”? Powstawanie tej płyty to była mega długa droga – pełna planów, nadziei, poprzez ból, mentalną gehennę, również poprzez prywatne problemy, aż w końcu powstanie z popiołów.

Wiem, że mieliście też słynny problem z samplami. Mógłbyś powiedzieć, jak to wyglądało z Twojej perspektywy?

“Zabójca królowej”
pierwotnie powstawał wyłącznie na samplach zespołu Queen. Taki był jej koncept Chcieliśmy zrobić to legalnie. Nullo już w kilku wywiadach obszernie o tym opowiedział – menedżerowie zespołu Queen nie udzielili nam zgody na wykorzystanie ich muzyki. A mieliśmy już gotowy cały album…

Wiedzieliśmy na co się piszemy, obstawialiśmy 50/50, że się zgodzą lub nie. Ja kiedyś byłem optymistą, więc miałem na to cichą nadzieję. Mówiłem sobie, że to jest zbyt wartościowe, żeby tego nie zaakceptowali. No, ale dzisiaj znamy koniec tej historii. Kiedyś w żartach powiedziałem Nullowi, że na moje 40 urodziny wrzucę oryginalną “Zabójczą Królową” w internet. Także jeszcze niecałe 3 lata (śmiech).

Najświeższa rzecz od Ciebie, która pojawiła się w internecie to “Dusty room vol.1”. Mógłbyś powiedzieć coś o tym więcej? 

Rok temu mój kumpel Kama Kamakazi spytał mnie, dlaczego nie robie beat tape’ów.  Jego pytanie niesamowicie wlazło mi do głowy i dlatego zacząłem dłubać sobie coś w tym stylu. Powstało “Dusty Room” – póki co jest Vol. 1, ale planuję kontynuować ten projekt.

Mocno dbasz o ilustrację swoich utworów na YouTube – stworzyłeś nawet brand hero dinozaura.

Mój braciak Kamis kiedyś wyjechał do mnie z tekstem typu: “Co ty masz w głowie, żeby połączyć taki tytuł bitu z takim obrazkiem, to ja nie mam pojęcia”. Tylko ja widzę i czuję co zawiera dana grafika. Każdy aspekt wizualny łączy się z muzyką oraz z tym, co chcę w ten sposób opowiedzieć. Opcja generowania obrazów dzięki AI poprzez prompty to dla takich osób jak ja prawdziwe zbawienie. Przez pół muzycznego życia szukałem w Google odpowiednich obrazów dla danego bitu. Wszystko miałem ułożone w myślach, ale to obrazy stworzone przez kogoś z jego prawami autorskimi. Teraz możesz stworzyć grafikę opisując precyzyjnie, co ma się na niej znajdować i nikt nigdy tego nie powtórzy. To dla mnie mega pozytywna sprawa, mogę stworzyć swoją opowieść, w taki sposób, w jaki zawsze chciałem.

Czy myślałeś o płycie producenckiej?

Tak, kilka razy, ale koniec końców zawsze zadaję sobie pytanie – po co?. Jeśli kiedyś coś takiego dojdzie do skutku to pewnie dlatego, że będę widział w tym pewien cel. Póki co za dużo wojen w dzielnicy jaką jest moja głowa, aby udźwignąć samemu takie brzemię.

W takim razie jakie są Twoje najbliższe plany, jeśli nie będzie to płyta producencka?

Zaraz odpalę sampler i będę robić do wieczora to, co robić kocham (śmiech). Planujemy burzę mózgów z moim braciakiem Kamisem. Działam też z Harym z Pierwszego Miliona. Jeżeli Kama będzie w 2024 mniejszym tetrykiem niż Kamis, jeśli chodzi o bity, to na bank coś powstanie (śmiech). Chcę zrobić projekt z EMCU i STOLAREM. Co poza tym? Stachu Yankes ej-ke-ej Stanley Fox release it homie! Będę też pewnie robić więcej ruchów w kierunku DUSTY ROOM’S.

Wyobraźmy sobie taką sytuację, że ktoś kogo nie znasz, podbija do Ciebie po bit przez internet? Ma szanse na współpracę? 

To nie jest tak, że ja jestem zamkniętym, niedostępnym człowiekiem. Jeżeli ktoś się do mnie odzywa o bit i pyta o jego cenę, to nie mam z tym problemu, żeby odpowiedzieć: “mordo, zrobimy zajebisty numer, nie chcę od ciebie hajsu”. Chyba, że od początku ten kontakt będzie wyglądał w taki sposób, że ktoś odezwał się tylko po to, żeby dostać muzykę za darmo – wtedy to nie wyjdzie na pewno (no chyba że jesteś z parafii to nie musisz się nawet pytać). 

Myślę też, że chujowo, że jest mało kolaboracji na zasadzie producent/producent. Większość z nas to dla społeczeństwa odklejeńcy, jednoosobowe armie w tym całym rapowym uniwersum. A jeśli są już jakieś zrzeszone mordki, to najczęściej są one powiązane z jednym projektem. Myślę, że rzadko kiedy ktoś odrzuca swoje ego, poczucie bycia lepszym na rzecz utworzenia wspólnego społeczeństwa z takim samym narzędziem do wyrażania własnych emocji –  z muzyką. 

To wszystko jest powiązane z tym, jakie kto ma cele, kto o czym marzy. Dla wielu moich rówieśników esencja hip hopu przypomina dojrzałość jazzu lub bluesa – chcemy szukać wartości od pierwszego usłyszanego dźwięku aż do ostatniego zarapowanego wersu. Dzisiaj rzadko kto mierzy muzykę miarą artyzmu lub traktuje ją jako dewizę na życie. Chyba większość społeczeństwa mierzy każdą swoją odstającą od szarości umiejętność na zasadzie sukces/porażka, uda się/nie uda, zarobię/nie zarobię. 

Jeżeli ktoś teraz stawia na przekaz i dojrzałość, to chyba dlatego, że mu nie wyszło z rapem lub bitami, pogodził się z tym i przestał żyć z głową w chmurach, że jeszcze coś sieknie i że pokaże się światu. Albo druga opcja – wyszło mu, jest już dinozaurem sceny i nic nikomu nie musi udowadniać. Bez obaw może wrócić do klimatu, który go wychował, bo i tak będzie miał szacunek do końca życia za swój wkład w kulturę.

Życzę powodzenia i dziękuję za wywiad! 

Również pozdrawiam.

Postaw mi kawę na buycoffee.to
Powiązane:
Najnowsze newsy:
Komentarze: